quinta-feira, 12 de agosto de 2021

Ulrichsberg

CD – Creative Sources Recordings – CS700, Lisbon 2021






1. I - 12'46''
2. II - 09'32''
3. III - 17'39''




dis/con/sent

Dietrich Petzold - Violin, Viola, Clavichord & Bowed Metal
Ernesto Rodrigues - Viola
Guilherme Rodrigues - Cello
Matthias Bauer - Double Bass




Recorded May 2021, Ulrichsberg
Reviews

And Ernesto Rodrigues is starting to release more recordings from this year: I want to note especially the "string quartet" album Fantasy Eight (another shorter release, recorded in Berlin this past May), but also the "similar" followup to the quartet album Dis/con/sent (recorded in May 2018, as reviewed here in October 2018), Ulrichsberg (also recorded in May, but two weeks earlier). Starting from the latter, Dis/con/sent already had a direct followup in the digital-only Kühlspot Social Club (as mentioned here in December 2018, in an extended entry around violinist Dietrich Petzold), but this group (including Ernesto & Guilherme Rodrigues with Matthias Bauer on bass) obviously felt a need to continue, here in a less "noisy" rendition than e.g. the jagged bowed metal sounds of Dis/con/sent.... Indeed there's often more of a classical vibe, sometimes even tender or romantic, moving more into the ethereal & featuring (as expected) weird counterpoints. Todd McComb's Jazz Thoughts

Tytuł płyty słusznie sugeruje, iż muzyków spotykamy na corocznym festiwalu muzyki improwizowanej, który odbywa się w mieście o takiej właśnie nazwie. Jesteśmy na edycji tegorocznej, dokładnie w pierwszy dzień maja. Na scenie: Dietrich Petzold - skrzypce, klawikord i metalowy smyczek (sic!), Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Bauer – kontrabas. Niemiecko-portugalski kwartet zagra dla nas trzy improwizacje, trwające łącznie niemal pełne 40 minut.
Zapowiadany film akcji, to nade wszystko dwie pierwsze improwizacje, podczas których muzycy stawiają na ogół na dość czyste brzmienie i całe mnóstwo zmysłowych, chwilami dynamicznych interakcji. Pierwsze dźwięki, to oczywiście leniwe badanie sytuacji scenicznej, wdechy i wydechy, strunowe piski i pojękiwania. Małe, rwane frazy z rzadka przeplatane są tu dłuższymi pociągnięciami smyczków. Niektóre z tych ostatnich tańczą, inne skaczą pod strunach, jeszcze inne czynią szybkie przebieżki po zroszonych porannym deszczem gryfach. Całość zdaje się być ulotna, ale podszyta nerwem niepokoju. Artyści po niedługim czasie świetnie odnajdują się w komnacie mroku i ciszy. Po szybkiej reanimacji opowieść skrzy się zaś całą paletą bardziej zadziornych fraz, ale nie stroni też od delikatnych smagnięć smyczkiem. Pierwsza, jakże kameralna odsłona wieńczy swój żywot pięknym post-barokowym rozkołysaniem, ubarwionym śpiewnymi frazami każdego instrumentu. Druga odsłona startuje kilkoma preparowanymi frazami, a także swobodnym trybem pizzicato na kontrabasie i wiolonczeli. Pojawia się subtelny rytm i niebanalny suspens dramaturgiczny. Taniec short-cuts kreują teraz już cztery smyczki, z których każdy równocześnie łka i pośpiewuje pod nosem. Kolejne zejście w ciszę jest jeszcze bardziej efektowne, czynione na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. Nieuchronny powrót do świata żywych skutkuje natomiast dalece gęstym zakończeniem.
Trzecia improwizacja, zdecydowanie najdłuższa, z miejsca przenosi nas z sali filharmonicznej do małego zakładu szlifierskiego. Szorowanie, ostrzenie i piłowanie strun, coś na kształt semi-pizzicato, szmery, tajemnicze plejady fake sounds. Tu nawet kontrabas zdaje się brzmieć niczym skrzypce! Dynamika pojawia się w tej narracji jakby znienacka, budowana niemal rockowymi riffami, czyniona w tempie godnym punkowych eksplozji! Po chwili na scenie zjawia się nowy instrument, to zapewne anonsowany klawikord. Przez moment sam prowadzi narrację suchym, matowym brzmieniem udręczonych strun. Pozostałe instrumenty powracają w dużym skupieniu, szukają rezonansu i bardziej mrocznych fraz. Prawdopodobnie słyszymy kolejny nowy instrument, to metalowy smyczek, który kreuje całkiem zaskakujący, post-barokowy industrial. Ten wątek, jakże intrygujący, kończy swój żywot w ciszy. Tym, który wybudza kwartet z letargu okazuje się kontrabasista. Reszta wtóruje mu powtórzeniami i kreuje dość nerwowy flow, skupiając się głównie na szarpaniu strun. Skrzypce i altówka zaczynają śpiewać, po chwili to samo czynią pozostali uczestnicy spektaklu. Ów mały, finałowy harmider dobrze robi naszym emocjom – cztery smyczki w dramaturgicznych spazmach prowadza nas na skraj koncertu, wybrzmiewając kolektywnie i dronowo. Andrzej Nowak (Trybuna Muzyki Spontanicznej)